Alleycaty

Orientacyjny Alleypiast

Piastów, 17.02.2008

» Rzeź bezkręgowców

Wczesne niedzielne popołudnie przywitało mnie niczym dyżurny pruszkowskiej elektrowni, czyli dość lodowato i zupełnie bez entuzjazmu. Smagany biczami wiatru wyciskającego bezcenne elektrolity z moich oczu, za pięć druga bezradnie rozglądałem się po okolicy zastanawiając się, czy to jest właśnie piastowska pętla autobusowa i czy przypadkiem nie pomyliłem miejscowości. Wokół jeździły wprawdzie autobusy, a na przystanku pojawili się jacyś ludzie, jednak zdecydowanie nie wyglądali na takich, którzy za chwilę wezmą udział w Orientacyjnym Alleypiaście. Wręcz odwrotnie.

Ja również czułem, że zwykle wysoki poziom mojej pozytywnej energii szybko ulatnia się do atmosfery poprzez moje cienkie, rowerowe rajtuzki i już, już mój organizm miał rozpocząć przestawianie się na tryb snu zimowego w jakiejś kupie suchych liści, gdy pojawił się Organizator, a zaledwie drobne 10 minut po terminie startu reszta zawodników. Cóż za punktualność!

Przyznam, że nie zaskoczyła mnie zbytnio relatywnie skromna liczba startujących. Warunkom klimatycznym, przypominającym te panujące na syberyjskim poligonie doświadczalnym dla kandydatów do lotu załogowego na Marsa, mogli sprostać tylko najwięksi twardziele. Swoją drogą zrozumiałem też w końcu, dlaczego do tej pory nikt jeszcze na Marsa nie poleciał. Tym bardziej więc, za zebranie 9 desperatów pozbawionych instynku samozachowawczego, przy których parszywa dwunastka to gromada przedszkolaków z grupy dla słabiej zaadaptowanych, należą się naszemu Adamowi wyrazy.

Niezwłocznie po stwierdzeniu, że dalsze oczekiwanie na spóźnionych może przyczynić się do powolnego schodzenia z tego świata wczesniej przybyłych, Organizator przedstawił założenia imprezy. Ponieważ moje, uderzające o siebie w rytm hiszpańskich kastanietów, zęby zagłuszały nieco objaśnienia, dotarło do mnie jedynie piąte przez dziesiąte (w tym miejscu chciałem przeprosić tych, którym szczękaniem zakłóciłem odbiór instrukcji). Jak można się było spodziewać niewysłuchanie Adama okazało się mieć dla mnie poważne następstwa, ale o tym później. Na koniec wreszcie wystartowaliśmy.

Z chwilą ogłoszenia startu mój mozg natychmiast przestawił się w stan pomroczności jasnej, co poznałem niezawodnie po tym, że o mało nie wysypałem wszystkich karteczek z pierwszego punktu do wartkiego kanałku. Udało mi się na szczęście uratować większość dokumentacji, czemu towarzyszył szczery jęk zawodu zgromadzonych na brzegu rywali, którzy marzyli o tym, aby zanurzyć swe członki w wodach Żbikówki, zwiększając sobie tym samym poziom satysfakcji z uczestnictwa w wyścigu. O tym, jak wielkie rozczarowanie spotkalo zawodników może świadczyć fakt, że np. rowerzysta Kosu specjalnie zrezygnował z pobrania karteczek umieszczonych pod leżącymi w pobliżu topolami i zdecydował się na wydłużenie sobie trasy o kilkukilometrową rundę karną.

Na szczęście moja pomroczność pozwoliła mi na zachowanie minimalnych resztek rozsądku i umożliwiła innym zawodnikom liczenie topoli i szukanie karteczek, z czego skwapliwie korzystałem, oszczędzając energię życiową i płyny ustrojowe na trudniejsze czasy. Zamiast więc zajmować się skomplikowaną arytmetyką, wykraczającą poza moje skromne możliwości (w tamtym akurat momencie naturalnie), starannie i solidnie naklejałem sobie karteczki na właściwe miejsce, co okazało się strategią cenną i długowzroczną niczym idee Włodzimierza Ilicza. Nastepnie skierowałem się na następny punkt do w ożarowskiej fabryki kabli.
W drodze na miejsce, w celu zwiększenia sobie ekstremalności wyścigu oraz zmniejszenia oczywistej przewagi nad moimi rywalami, postanowiłem pedałować tylko jedną nogą oraz rozpiąłem kurtkę, aby zwiększyć opory powietrza. Niestety, grupka w składzie Grzesiek, Lewan oraz Dyziek nie chciała mnie dogonić.

Podniesienie sobie poprzeczki doprowadziło niestety do gwałtownego spadku poziomu glukozy w moim organizmie, który nie rekompensowany odpowiednio szybką reakcją gruczołów wydzielania wewnętrznego, doprowadził do zaburzeń procesu odżywiania mózgu, co odbiło się na jakości działania jego podstawowych funkcji i zmieniło mnie chwilowo w ciężko sapiącego kalafiora. Przez przypadek, proces ten zbiegł się w czasie z zadaniem polegającym na odnalezieniu tabliczki z nazwiskiem założycieli fabryki. Czas jaki zajęły mi poszukiwania bez wątpienia był znacząco dłuższy od tego jaki bracia Radziwiłłowie potrzebowali na podjęcie decyzji o wejściu w biznes kablarski.

Po stwierdzeniu, że dalsze przebywanie w stanie pomroczności może zagrozić nie tylko dobrej pozycji w wyścigu, ale mojemu zdrowiu, a nawet życiu, natarłem się śniegiem, wziąłem kilka głebokich oddechów, przegryzłem kajzerkę z salcesonem oraz dopompowałem przednie koło, po czym wciąłem się w bogatą miejską tkankę Ożarowa, niczym skalpel w miękkie powłoki brzuszne. Skokiem przez płot na tyłach stacji paliw zaliczyłem pustostany, bezbłędnie trafiłem do bramy kolejowej oraz na rampę, którą już dawno chciałem owaypointować, ale jakoś zawsze coś mnie po drodze wstrzymywało (prawdopodobnie konieczność przełażenia przez tory).

Następnie, zachęcony dobrymi wynikami i pełen wiary w swoje możliwości, rzuciłem się, niczym pensjonariuszka w romantyczną miłość, na podbój szosy poznańskiej. Szosa ta miała mnie zaprowadzić do Pomnika - punktu o tyle ważnego, że zawierającego informację o tym, gdzie jest meta, czego jednak w tamtym momencie nie wiedziałem. Niestety, samo dotarcie do obiektu związane z pokonywaniem wiatru wiejącego z szybkością 1000km/h co sprawiało, że temperatura odczuwalna była bliska -273,15 stopni C, okazało się na tyle wyczerpujące, że znowu zaburzyło gospodarkę mojego, mocno w końcu zużytego organizmu. W konsekwencji nawet nie przyszło mi do głowy, aby na miejscu poszukać informacji o mecie. Spisałem tylko przezwisko Janusza Kusocińskiego i potoczyłem się dalej. Seminarium oraz park zaliczyłem bez większych przygód, jeśli nie liczyć faktu lekkiej dezorientacji spowodowanej uświadomieniem sobie, że oto jestem w Ołtarzewie, zamiast w Ożarowie.

Pod Klasztorem - kolejnym punktem wyścigu - spotkałem grupę laokona w składzie: Cbull, Tomek i Darek, w klasycznym układzie alleyowym, czyli z komórką przy uchu. (Ech ta technika. Czy kiedyś doczekamy alleyów w domu na trenażerach z chełmofonami na głowach?) Skwapliwie wykorzystując pozyskane podstępnie informacje, zlokalizowalizowałem słup z naklejką, po czym oddaliłem się pośpiesznie w poszukiwaniu 2 ostatnich punktów tj. skrzyżowania strumyków i tajemniczej willi.

Zanim znalazłem się u krystalicznych wód perły dorzecza środkowej Utraty, czyli skrzyżowania dwóch kanałków, dokonałem dramatycznego odkrycia. Otóż przy próbie, nagabywania ludności autochtonicznej okazało się, że poszukuję "hysofanja hanauf". Dziwny ów sposób werbalizacji spowodowany był zaawansowanym procesem skamienienia mej paszczy wraz z pozostałym gębotworem, w stopniu pozwalającym na łupanie orzechów laskowych samymi powiekami. Na szczęście spotkani obywatele, obyci jak widać z objawami porażenia ośrodków mowy, jakże częstymi wśród mieszkańców obszarów rolniczych i małomiasteczkowych, bez pudła wskazali mi właściwą drogę do lokalnego fenomenu natury nieożywionej.

Dodarcie do ostatniej w rozkładzie jazdy Willi było już tylko formalnością. Niestety na miejscu skonstatowałem z osłupieniem, podobnym do tego jakie przeżyli członkowie PIS przegrywając zeszłoroczne wybory, że nie wiem gdzie jest meta. Dopiero zrobienie użytku z topornie jakoś wykształconej u mnie umiejętności czytania manifestów ze zrozumieniem naprowadziła mnie na trop rozwiązania zagadki godnej Inspektora Sowy. Wracając dobre 1,5 kilometra do pomnika słynnego olimpijczyka spotkałem Kosa, który właśnie kończył dodatkową rundę po Ożarowie i przystępował do zdobywania pierwszego alleypunktu.

Po przyjechaniu na metę, którą okazał się być punkt startu, bezradnie rozejrzałem się po okolicy zastanawiając się, czy to jest właśnie piastowska pętla autobusowa i czy przypadkiem nie pomyliłem miejscowości. Wokół jeździły wprawdzie autobusy, a na przystanku pojawili się jacyś ludzie, jednak zdecydowanie nie wyglądali na takich, którzy ukończyli Orientacyjnego Alleypiasta. Wręcz odwrotnie.
Poczułem jak arktyczne powietrze przenika poprzez moje cienkie, rowerowe rajtuzki i już miałem rozpocząć przestawianie się na tryb snu zimowego w jakiejś kupie suchych liści, gdy pojawił się Organizator oznajmiając że jestem pierwszy. Zaledwie drobne 10 minut potem zaczęła przybywać stopniowo reszta zawodników. Zaraz. Nie! Przecież trzech zawodników nigdy się nie pojawiło...
Hmm. Czyżby zabrakło kręgosłupa? ;)

***
I tak się kończy dramatyczna opowieść zerozerosevena z ekstraordynaryjnego Alleypiasta Orientacyjnego. Adamowi - wspaniałemu organizatorowi, który zadbał o nie tylko o podniesienie naszej kultury fizycznej, ale również wiedzy o okolicach w których przyszło nam mieszkać - naprawdę gorąco i szczerze dziękujemy. Świetna impreza!

Osobiście chciałem również podziękować pisarce Joannie Chmielewskiej za wymyślenie znakomitego tytułu do niniejszej relacji. Wprawdzie wydała pod nim również jakąś swoją produkcję, ale kto by tam Chmielewską czytał. Więc w sumie się nie liczy. ;)

zerozeroseven

Wybierz rok:

Wybierz miasto:

Następny alleycat odbędzie się w przyszłości...
Puchar Alleypiasta
Podsumowanie alleycatów odbywających się w danym sezonie.
Alleycat to nieformalne zawody rowerowe. W tym wyścigu bardziej liczy się spryt niż sprawność fizyczna...